piątek, 17 sierpnia 2018

Aktualności

Najnowsze wiadomości

Katalogi on-line

Poszukaj zbiorów on-line

Godziny otwarcia

Dni i godziny otwarcia
Sonety łódzkie - Miasto Łódź i moje kłopoty z łódzką tożsamością

Jan JaniakNie jestem łodzianinem i nie posiadam żadnych łódzkich rodzinnych korzeni. Tułaczka mojej rodziny po kraju zaczęła się tuż po Powstaniu Warszawskim, gdy pomieszkiwaliśmy albo u dalekich krewnych, albo u zupełnie obcych ludzi, którzy w odruchu patriotycznej solidarności przygarniali wygnańców z Warszawy. A tuż po wojnie znaleźliśmy się na krótko w Gorcach, górniczym miasteczku położonym kilka kilometrów od Wałbrzycha. W kamienicy byliśmy jedyną polską rodziną wśród zasiedziałych od pokoleń rodzin niemieckich. Z jedną z tych sąsiadujących z nami rodzin zaprzyjaźniliśmy się, a mimo to dominowało poczucie wyobcowania. Z Gorc wyjechaliśmy do Poznania.

Poznań pozostaje w mojej pamięci jako to miejsce, w którym spędziłem najpiękniejsze lata mojego dzieciństwa. Szczególne magiczne miejsca to twierdza Cytadela ze swoimi nieocenionymi dla chłopca skarbami i trofeami wojennymi (poniemieckie bunkry, podziemia, broń, pozostałość po magazynach, w których przechowywano sorty mundurowe, m.in. odznaki wojskowe i wiele innych fascynujących rzeczy), rzeka Warta, opodal centrum miasta jezioro Malta z żeglarskimi regatami, wyścigi motocyklowe na trawiastym torze, ogromny i wspaniale urządzony Ogród Botaniczny, oczywiście Stare Miasto, klasztor 0 .0 . Dominikanów, u których służyłem jako ministrant, zamek cesarza Wilhelma II, wzgórze i ruiny zamku Przemysława II, Ostrów Tumski, podmiejskie Puszczykowo, w którym spędzało się wakacje niedaleko domu sławnego podróżnika Arkadego Fiedlera. Muszę też wspomnieć o kortach tenisowych w parku im. Chopina. Park znajdował się naprzeciwko willi, w której mieszkaliśmy wynajmując pierwsze piętro.Korty tenisowe wspominam dlatego, że zatrudniałem się tam jako chłopak do podawania piłeczek, a z wypełniania tego obowiązku byłem bardzo dumny. Uczono mnie również gry w tenisa. Oddając hołd snobizmowi napomknę jeszcze, iż mieszkaliśmy w bezpośrednim sąsiedztwie konsulatu Stanów Zjednoczonych. Oddzielał nas wysoki mur na tyłach willi, tuż przy garażu, z dachu którego usiłowałem zobaczyć co się też ciekawego dzieje w amerykańskim ogrodzie. Niczego jednak nigdy nie zobaczyłem z powodu gęstwiny drzew i krzewów.

Sonety łódzkie

Gmach szkoły podstawowej na ulicy Garbary zbudowany z ciemnoczerwonej cegły w czasach zaboru pruskiego charakteryzował się mrocznymi podcieniami, wybrukowanym kocimi łbami dziedzińcem, wysokimi salami lekcyjnymi, wielkimi oknami i korytarzami, których łukowate sklepienia przypominały klasztorne korytarze. Lekcje jak to lekcje: nudy. Natomiast moje i moich kolegów pozalekcyjne zajęcia polegały przede wszystkim na wyprawach do Cytadeli i przywlekaniu do naszych domów odkrytych tam znalezisk. Jeśli nie szło się do Cytadeli, to poświęcaliśmy czas grze w tzw. "zośkę" (rozklepany na płasko podgrzany kawałek ołowiu dziurkowało się , a następnie przez te otwory przetykano różnobarwne pasma wełny i owijano je u nasady drutem, a zabawa polegała na tym kto dłużej podbije " zośkę" czubkiem buta). Bardziej wyrafinowaną umiejętnością było samodzielne skonstruowanie hulajnogi z trzech kawałków drewna i dwu łożysk. Nie, nie powiem, czy zbudowałem hulajnogę . ..

Urokliwe, pełne niespodzianek, przygód i militarnego zbieractwa poznańskie zabawy zostały nagle przerwane, gdy pewnego niemiłego styczniowego bardzo wczesnego poranka do ciężarówki z plandeką załadowano meble, mama usiadła na fotelu pasażera, a mnie posadzono na masce silnika tuż przy kierowcy co zapowiadało, że podróż będzie atrakcyjna, a nagrodą za tę jednak pewną niewygodę będzie przyjazd do miasta, które nazywa się Łódź, gdzie z pewnością czekają na mnie nowe, wspaniałe przygody. O tym mieście nie wiedziałem nic.

Niemiły styczniowy dzień pełen śniegu z deszczem miał swój ciąg dalszy, gdy ciężarówka z meblami, moją matką i ze mną (babcia i ojczym przyjechali kilka dni wcześniej) zatrzymała się, a właściwie zaryła w błotnistej glinie zalegającej plac budowy trzech bloków. Jeden z nich był już oddany do użytku, w kilku oknach wisiały firanki, ale do klatek schodowych wchodziło się po drewnianych kładkach przerzuconych nad dołami, wykopami, zwałami błota, gliny, resztkami cegieł, strzępami opakowań po cemencie i innych śladach trudu murarzy, których sylwetki dostrzec można było na drewnianych rusztowaniach oplatających dwa sąsiednie bloki. Tu i ówdzie walała się połamana kielnia, albo kubły po farbie i inne akcesoria murarskiego fachu .

W ten sposób znalazłem się w nowo budowanym, przyjaznym,wygodnym dla mieszkańców osiedlu na Bałutach, w rejonie ulic Franciszkańska, Tokarzewskiego, Włady Bytomskiej, Krawiecka, Przodowników Pracy, Racjonalizatorów, Zielna, Róży Luksemburg, Marynarska, Pasterska, Marysińska, a niedaleko Bałucki Rynek. Nie wiedziałem, nikt nie wiedział, że w tym "magicznym kręgu" spędzę trzydzieści sześć lat, dopóki w roku 1989 nie przeprowadziłem się do Śródmieścia.
Następnego dnia wyruszyłem nieśmiało na rekonesans najbliższej okolicy i to co zobaczyłem mocno mnie poruszyło, nie waham się powiedzieć, że wstrząsnęło. Jestem przekonany, że te pierwsze wrażenia na całe lata zdeterminowały mój stosunek do Łodzi jako niezbyt estetycznego miejsca do życia.

Po raz pierwszy zobaczyłem małe, drewniane rachityczne domki, zdumiony przypatrywałem się kobietom, które wychodziły z tych domków z wiadrami i wylewały ich zwartość do rynsztoków, po raz pierwszy widziałem ulice, które zamiast jezdni były pokryte jakimś jakby zmielonym czarnym żużlem. Fascynowały mnie uliczne pompy, przy których zbierały się grupki kobiet i mężczyzn z wiadrami. Gdy po pewnym czasie poznałem bliżej swoich kolegów - uczniów szkoły podstawowej przy ulicy Franciszkańskiej, a ci zapraszali mnie do swoich mieszkań w owych drewnianych domkach dowiedziałem się, że jest coś takiego jak komórki na węgiel, drzewo i ubikacje na podwórkach, a także po raz pierwszy ujrzałem pełne gołębi gołębniki. I gołębie i gołębniki spodobały mi się najbardziej. Obok drewniaczków, brudne, odrapane, chore na łuszczycę tynków nieprzyjemne kamienice, na podwórzach których ciągnęły się szeregami takie same drewniane komórki i ubikacje. Klatki schodowe tych kamienic były przerażające. Brzydota. Brud. Zaniedbanie. Wszystko tu raniło moje, wyniesione z Poznania, wyobrażenie czystego, schludnego, przyjemnego, życzliwego dla mieszkańców miejsca jakim powinna być każda ulica, każdy dom, każda kamienica. Wszystko tutaj uwierało, kaleczyło moją potrzebę piękna i nawet secesyjne kamienice ulicy Piotrkowskiej oraz pofabrykanckie pałace nie miały wpływu na moje nieżyczliwe postrzeganie Łodzi. No i te unoszące się nad miastem dymy z kominów fabryk. Drobny pył, osad opadał na ludzi, na ulice, na domy, okna, parapety. Dodatkowych wrażeń dla zmysłu powonienia dostarczały te zakłady, które od czasu do czasu pozbywały się nadmiaru jakichś technologicznych oparów, a wtedy nad miastem zalegał zapach zgniłych jaj. Mimo to imponujące budynki fabryk (niektóre podobne do zamków lub obronnych twierdz) fascynowały mnie, ożywiały moją wyobraźnię. Nigdy nie byłem w żadnej z nich, ale szczególne wrażenie robiły na mnie dobiegające ulicy rytmiczne odgłosy jakichś maszyn, prawdopodobnie przędzalni lub tkalni. Fabryki były obiektami tajemniczymi.

Moja adaptacja do nowego środowiska trwała długo i pomijam tutaj ten mało istotny fakt, że moi koledzy z Bałut nic nie wiedzieli o " zośce ", a moje opowieści o sztuce budowania hulajnogi spotykały się z kpiącym niedowierzaniem. Natomiast z przyjemności ą i sentymentem wspominam wizyty u tych szkolnych kolegów, którzy mieszkali w drewnianych domkach. Ich matki i ojcowie, robotnicy i robotnice zatrudnieni w łódzkich zakładach włókienniczych byli ludźmi niezwykle gościnnymi , serdecznymi. Bardzo lubiłem chwile spędzane pośród nich. Nie rozumiałem tylko dlaczego mówili o sobie, ze są "z miasta Łodzi " , tak jakby gdzieś niedaleko była jakaś wieś o takiej samej nazwie. Nie śmiałem pytać i dopiero po wielu latach ktoś mi wyjaśnił powód używania tego zwrotu. Przebywając w domach robotniczych rodzin uczyłem się także łódzkiej gwary, której użyłem w sonecie XXI. Pisząc o bałuckich kolegach nie mogę nie wspomnieć tych, którzy ani w młodzieńczym, ani w dojrzałym życiu nie żywili szalonego szacunku dla prawa. Bardzo wysoko cenili swoją specyficznie rozumianą wolność i niezależność od norm społecznych, nawet za cenę okresowej utraty swej wolności .. . Z wieloma utrzymywałem przyjacielskie kontakty i dlatego nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie jak na Bałutach, które uważano za matecznik łódzkich przestępców.

Kiedy myślę o tych wszystkich łodzianach , których poznawałem w rozmaitych okolicznościach, na kolejnych etapach mego życia to muszę podkreślić, że spotykałem przede wszystkim ludzi życzliwych,  czynnych, sympatycznych, przyjacielskich. Niektórym bardzo wiele zawdzięczam. Jednak mój stosunek do Miasta był nadal niechętny. Miasto, wygląd jego ulic i domów uwierało, doskwierało jak niemożliwy do usunięcia kamyk w bucie, albo jak drobina pyłu w oku. Nie twierdzę, że Łódź nie posiada bardzo ładnych, stylowych kamienic. Jest ich dużo, bardzo dużo, ale brak pieniędzy na ich renowację chyba na długie lata oddala plany przywrócenia im pierwotnego piękna. Z biegiem czasu podejmowałem wyprawy do innych, poza Bałutami, dzielnic Łodzi oraz do przedmieść i  wracałem z tych wędrówek z przykrymi wrażeniami. Jedyne miejsca, po których z przyjemnością spacerowałem to Julianów i Radiostacja, ale tam bywałem rzadko.

Moje szorstkie relacje z Miastem zmieniały się powoli na bardziej przyjazne, życzliwsze wówczas, gdy poznawałem historyczne uwarunkowania, które zdeterminowały istniejący dzisiejszy wygląd centrum Łodzi i jej starych dzielnic. W moim myśleniu o Łodzi pojawił się także szacunek dla wszystkich tych pokoleń łodzian, którzy swoim wielkim  wysiłkiem miasto tworzyli niezależnie czy byli fabrykantami, robotnikami, kupcami, Polakami, Niemcami czy Żydami lub Rosjanami. I nic tutaj nie ma do rzeczy fakt, że najczęściej jedynym celem ich aktywności było posiadanie jak największej ilości pieniędzy. Nie zapominam jednak o prospołecznych postawach wielu mieszkańców miasta, nie tylko bogatych fabrykantów. Chwalimy się, szczycimy się ulicą Piotrkowską, ale moim zdaniem jedna ulica w prawie milionowym mieście, chociażby i najładniejsza i najbardziej atrakcyjna, nie znaczy nic w otoczeniu zaniedbanym. Może i nawet jest przeciwnie: podkreśla to co brzydkie, to co nieestetyczne tuż obok. I wystarczyło wejść do pierwszej lepszej bramy jakiejkolwiek wymalowanej kamienicy na Piotrkowskiej, a potem kilka kroków na podwórze .. . Historyczne zaszłości nijak się miały i mają do współczesnego stanu tych miejsc. Nie są też żadnym usprawiedliwieniem.

Jest jakimś dziwnym paradoksem, iż mój niechętny stosunek do Miasta zaczął się raptownie zmieniać po roku 1989, a szczególnie w momencie gdy upadł łódzki przemysł włókienniczy i ucichły hałaśliwe przędzalnie wielkich, średnich i małych zakładów pracy. Śledziłem uważnie i z coraz większym niepokojem doniesienia o niszczeniu i fizycznej zagładzie zabytkowych fabryk, a także pomniejszych pałaców z powodu zwykłej ludzkiej głupoty, złodziejskiej pazerności, niekompetencji urzędników, nonszalancji nowych właścicieli, wreszcie i złej ich woli. Umierały fabryki i wille, a więc umierało Miasto. Obserwowałem w sobie pewną przemianę, powolny proces, który może i doprowadził do tego, że stałem się nieoczekiwanie dla siebie łódzkim patriotą i opowiedziałem się (bardzo prywatnie i bez przejawów publicznej aktywności) po stronie tych osób i grup, które protestowały, krzyczały, wołały o ocalenie pamięci Miasta. I dlatego Łódź stała się nieoczekiwanie przedmiotem mojej troski o to, żeby nie zaprzepaszczono, nie zatracono tego co było najcenniejsze, co nosiło w sobie najdrobniejsze znamię, znak, ślad przeszłości. Utożsamiałem się więc z Miastem poprzez jego historyczne pamiątki, które szczególnie w Łodzi są jej cennymi i niezbywalnymi wartościami. I tak jak wściekałem się, gdy niszczono jakiś obiekt z przeszłości tak cieszyłem się, gdy w starych, ale i z pietyzmem odnowionych murach nieistniejących już zakładów pracy znajdywały sobie miejsce nowe instytucje.

A zatem relacja "ja i Miasto" to relacja między jednostką a określonym miejscem, terytorium, na którym jednostce przyszło żyć. W dziejach literatury temat nie nowy. Pewnego dnia, a może pewnej nocy, a może pewnego świtu, nie pamiętam, z jakiegoś kąta podświadomości ujawniła się nagle myśl, żeby to moje mocowanie się z Miastem opisać, nazwać, wyrazić i podzielić się z innymi, też - być może - uwikłanymi w podobne tożsamościowe relacje. A może przez opisanie i nazwanie mojego problemu z Miastem zostanie ono wreszcie przeze mnie oswojone, zaakceptowane? Może wreszcie się z nim pogodzę? Tak powstał zamysł cyklu sonetów. Dlaczego sonetów? Dlaczego wybrałem formę wiersza już dawno nie uprawianego, zarzuconego, być może nawet uznanego jako ostatecznie wyeksploatowany i anachroniczny? Na pewno z przekory wobec najnowszej poezji, której amorficzność formalna i treściowa zaszła bardzo daleko, ponieważ artystyczną cnotą stała się godna podziwu niekomunikatywność. Po drugie - i najważniejsze - jako wyzwanie rzucone samemu sobie. Czy podołam, czy udźwignę rygory klasycznej, kanonicznej, chciałoby się rzec: dogmatycznej formy i czy w tej formie zdołam wyrazić to, co wyrazić zamierzam? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam czytelnikowi.
Na koniec niezbędne jest wyjaśnienia genezy sonetu XXII.

W roku 1988, albo na początku 1989 pewien partyjny prominent zapragnął zamieszkać w jednej z tych okazałych kamienic jakie znajdują się przy al. Kościuszki. Było to mieszkanie po byłym rabinie łódzkiej gminy żydowskiej , który wyjechał z Łodzi i osiadł w USA. Prominent uzyskał zgodę odpowiednich władz i przystąpił do remontu lokalu. Robotnicy rozpoczęli swoje prace od wyrzucania przez okna wychodzące na podwórze kamienicy najpierw księgozbioru, a potem przedmiotów, które w religii judaistycznej traktowane są jako święte (zwoje Tory, menora, tefilin, tałes i inne). Ktoś zaalarmował prasę i pojawiło się kilka interwencyjnych artykułów opisujących to barbarzyństwo. Rezultat był taki, że - o ile pamiętam - prominent nie wprowadził się do tego mieszkania, a władze miasta troskliwie zajęły się książkami oraz świętymi przedmiotami gromadząc wszystko w przyzwoitych warunkach lokalowych w gmachu przy zbiegu ul. Zielonej i al. Kościuszki .  Prezydent Miasta powołał komisję, która miała ocenić księgozbiór i zdecydować o jego losach. Byłem członkiem tej komisji, ale to już jest inna opowieść.


Jan Janiak

Publikację można nabyć w Dziale Informacji Naukowej WiMBP (cena 10 zł)

 

Zapraszamy do obejrzenia wystawy on-line:

Reklama

Sieć Bibliotek Samorządowych

Sieć Bibliotek Samorzadowych

WBP w Łodzi sprawuje opiekę merytoryczną nad bibliotekami publicznymi w Łodzi i na terenie województwa.

Czytaj więcej...

Współpraca regionalna

Współpraca regionalna

WBP w Łodzi realizuje różnego typu zadania w zakresie współpracy regionalnej.

Czytaj więcej...